[FELIETON] Rafał Jemielita w „MF” – Polska dla Polaków

Rzadko jeżdżę Ferrari. I dobrze, bo jeszcze bym chciał mieć takie coś na co dzień…

Rzadko rozbijam się włoskimi supercoupé. Dlaczego? Bo jakoś Ferrari nie jest mną zainteresowane, a na klienta marki z Maranello mimo tuszy wciąż nie wyglądam. Staram się, jak mogę, ale amerykański sukces mi jakoś nie wychodzi. Szkoda, bo Ferrari czasem warto się przejechać.

Po co? Warto nabrać dystansu. Człowiek widzi siebie – siedząc za kierownicą takiego wozu – niczym jakiegoś Carringtona z Dynastii. Jak to się miło do takiego samochodu najpierw podchodzi, nonszalancko bujając kluczykiem – mówię Wam. Później jednak zaczynają się schody. Bo do Ferrari trzeba mieć zdrowe kolana. Trzeba kucnąć, żeby wsiąść!

Jak się już łaskawy brzuch zamelduje za kółkiem, jest lepiej – Ferrari są całkiem przestronne. I nawet, powiem Wam, fajnie się nimi jeździ po polskich drogach. Niewiele wprawdzie widać na boki, a systemów – tych znanych z każdego zwyczajnego Forda czy Hyundaia – na lekarstwo. Ale za to macie 600-700 koni i przyjemność „atomowego” przyspieszenia. Tu jednak pojawia się oczywisty kłopot. Na co mi przyspieszenie, gdy dookoła korek? Wtedy Ferrari staje się równe Fiatom i Peugeotom.

Boleśnie się odczuwa taki korek, bo zużycie wielkie, wygoda jednak pozorna, a i z poziomu podłogi świat zatrzymany nie wygląda jakoś ładniej. Pięknie, gdy autostrada, gdy można przycisnąć, gdy człowiek leci jak ptak. Ale to w sumie rzadkie momenty, uspokajając Waszą wyobraźnię. Ferrari sprawdzi się do lansu, gdy się musicie przed kimś pokazać. Ale już przy parkowaniu – istny koszmar. Nie widać nic, a jeszcze nos kilka centymetrów nad ziemią. Na krawężnik wjechać się nie da (uwaga, opony!), drzwi – szeroko się przecież otwierające – wymagają przestrzeni.

W takich sytuacjach, gdy środowisko wymusza na nas podobne ustępstwa, robi się w Ferrari mizernie. Ludzie też dooko- ła jakby bardziej agresywni. Ani wpuszczą na drodze, ani się uśmiechną. Jacyś tacy „polskadlapolaków”, czyli zamknięci w sobie, ciut aroganccy. Jeden tylko zapytał: – Mówisz po polsku? Ile pali? Słaba była ta przejażdżka po polskich drogach. Chciałbym, przynajmniej od czasu do czasu, poszaleć takim cudem po torze. Chciałbym, ale mnie nie stać. Nie tylko na Ferrari zresztą, bo dookoła tyle nowych aut, że aż człowieka skręca.

Pozostając w tym kręgu, to jeszcze piękny McLaren 720 i reaktywowana Alpine A110 (inna półka, ale radość podobna), i nowy Lexus, który wygląda jak samochód z moich marzeń. Dużo tych nowości na wiosnę, co tylko mnie cieszy. Gorzej, że portfel na te nowości nie gotowy. Ale to oczywiście nie żal, a tylko szczere stwierdzenie – jak się człowiek Ferrari przejedzie, to zaraz popada w depresję.

Serio? Oczywiście żartuję. I bardzo cieszę się na to, że wkrótce pojeżdżę autami bliżej Matki Ziemi. Bo swoje premiery ma Fiat, Suzuki zaraz pokaże nowego Swifta, Kia w zanadrzu kryje Stingera, a w tle gdzieś tam jest jeszcze nowy Golf. Wiem, nadużywam przymiotnika „nowy”, ale jednak jakaś rozkosz wiosenna w tym jest…

Rafał Jemielita

Artykuł ukazał się pierwotnie w magazynie Menadżer Floty (wyd. 03/2017)

Najnowszy felieton Rafała Jemielity a także teksty pozostałych naszych felietonistów dostępne są także w wersji on-line Menadżera Floty – dodatkowe funkcjonalności, materiały multimedialne i wiele więcej na www.ewydanie.menadzerfloty.pl!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.