[W MAGAZYNIE] Felietony Tomasza Gorazdowskiego – egzotyczne Bali, Kambodża, Buthan

W ostatnich trzech wydaniach „Menadżera Floty” prezentowaliśmy relacje z wypraw naszego stałego felietonisty Tomasza Gorazdowskiego, dziennikarza Programu III Polskiego Radia. Tomek, z zamiłowania podróżnik zabrał nas w swoich artykułach do najbardziej egzotycznych miejsc na ziemi takich jak Bali, Kambodża czy Bhutan przybliżając historię, kulturę i charakter tamtejszych społeczeństw. Przy okazji zdradził co warto zobaczyć, zwiedzić wybierając się tam na niezapomnianą wyprawę.

BALI PRZEZ DUŻE „B”

Mimo nieprawdopodobnego rozwoju w ostatnich 20 latach Bali, kraina bogów, wyspa w Indonezji, nadal pozostaje miejscem, które ma w sobie coś zupełnie niepowtarzalnego.

Są w Indonezji miejsca z ładniejszymi plażami, miejscami do nurkowania czy bardziej imponujące góry, jednak w połączeniu z jego kulturalnym dziedzictwem oraz z nieprawdopodobną ofertą dla turystów w Bali można się zakochać. Bez dwóch zdań.

Wyspę zamieszkują 4 mln ludzi, odwiedza ją rocznie 12 mln turystów. Niektórzy twierdzą, że za dużo, i mają rację, ale skoro pieniądze z turystyki płyną szerokim strumieniem, nikt nie wyda tu odpowiednich regulacji ograniczających liczbę odwiedzających. Ale nawet w takiej masie ludzi na Bali można się bez problemu zgubić albo odnaleźć. Oczywiście w Denpasar, w Kucie można się poczuć jak na Ibizie latem, zostać zadeptanym przez hordy chińskich turystów, ale wystarczy się przenieść kilkadziesiąt kilometrów dalej, by zobaczyć inne Bali.

W Ubudzie, który jest kulturalną stolicą regionu, od turystów też nie uciekniemy, ale i tam wystarczy kilka kilometrów w jedną czy drugą stronę, żebyśmy byli sam na sam z polami ryżowymi, plantacjami bananów, uprawą kawy. I na dodatek w okolicznościach, o których można tylko pomarzyć. Oferta dla turystów jest powalająca i chyba jak nigdzie indziej w Indonezji różnorodna. Miejsca noclegowe. Za 100 zł za noc jesteśmy w stanie znaleźć pokój, który nas zachwyci. Wśród pól ryżowych, na zboczach gór, w środku dżungli. I standard, jakiego gdzie indziej nie znajdziemy.

W tzw. homestay, czyli mieszkając w domach u mieszkańców, zapłacimy 100 000 rupii, czyli ok. 30 zł. Do tego wynajęcie skutera za 60 000 za dzień (18 zł) i cała wyspa jest nasza. Jedzenie kosztuje grosze. Ale też Bali jest fenomenalnym miejscem, żeby zakosztować luksusu. Tu pięciogwiazdkowe hotele z infinity pool (basenami bez krawędzi), świetnymi restauracjami i serwisem SPA kosztują mniej niż gdzie indziej. A więc na przykład z najwyższej półki – jedno z najbardziej znanych miejsc związanych z odnową cielesną i duchową.

Bali jest takim miejscem, do którego ludzie chętnie przyjeżdżają, żeby pracować nad sobą, zadbać o siebie. Nie chodzi tu o proste masaże, które dostępne są wszędzie, ale o wniknięcie w siebie i wyjechanie innym, niż się było. Indonezja to bardzo uduchowiony kraj, ma wyjątkową religię oraz wierzenia. Dzięki nim ludzie codziennie składają ofiary, zarówno bogom, jak i demonom. W ludziach widać wielkie oddanie, radość życia oraz umiejętność przyjmowania go z uśmiechem. Balijczycy mają swoje sposoby na to, by nie zaprzątać sobie umysłów. Swoją filozofię.

To filozofia, która nazywa się Tri Hita Karana. Wyjaśnia ona w prosty sposób, że nasze życie staje się bardziej wartościowe, gdy żyjemy w zgodzie z innymi ludźmi, bogami i naturą. Jeżeli chodzi nam o coś więcej niż masaż, lepiej zaufać fachowcom. Na przykład w Fivelements Puri Ahimsa Retreat. Oczywiście w zależności od tego, z której strony spojrzymy, 250 dol. za noc to może być dużo, ale otrzymujemy serwis wyjątkowy, za który w innym miejscu świata trzeba zapłacić znacznie, znacznie więcej. I jak jest położony w zakolu rzeki. Uff.

Wszystko – jak mówi Isa, która zajmując się gośćmi, traktuje ich w sposób wyjątkowy, dobierając im odpowiednią terapię – zaczyna się od masażu. – Masaż jest w zasadzie częścią ich kultury. Na co dzień praktykują go w domach. Mają ogromną wiedzę na temat ziół, jak je ze sobą łączyć, jak je przygotować. Aplikują zrobione przez siebie mieszanki na skórę, by na koniec ciężkiego dnia zrelaksować ciało. Znajomość masażu i znajomość ziół to wiedza przekazywana z ojca na syna. Bardzo wyraźnie kształtuje się też balijskie tradycyjne uzdrawianie. Są całe pokolenia uzdrowicieli – informacje i wiedza przekazywane są z pokolenia na pokolenie. Współpracujemy z uzdrowicielami, jeśli można ich tak nazwać. To miejsce powstało, by promować i chronić tradycyjną balijską wiedzę, bo balijskie uzdrawianie to, można powiedzieć, leczenie intuicyjne, całościowe podejście do zdrowia, które uwzględnia stan umysłu, emocji. Uzdrowiciele nie są lekarzami, jakich znamy na Zachodzie, lekarzami, którzy wszystko będą wiedzieć o Twojej wątrobie, ale nic nie będą wiedzieć na temat Twoich emocji. Nie specjalizują się tak jak lekarze, jakich znamy, w jednej dziedzinie. Tutaj tradycyjni balijscy uzdrawiacze traktują osobę jako całość. Uzdrowiciel tworzy przestrzeń przyjazną uzdrawianiu, a uzdrowienie – jakkolwiek to brzmi – przychodzi samo. Są w stanie stworzyć, kontrolować i przywracać przepływ energii – mówi Isa.

Ubud to stosunkowo niewielki obszar położony w centrum Bali. Przed tym, jak w 1945 r. Indonezja ogłosiła niepodległość, Bali było królestwem, którego częścią był Ubud. Około 1926 r. jeden ze znanych europejskich malarzy Niemiec Walter Spies przybył na Bali i spotkał się z królem w Ubudzie. I podobno od tego momentu zaczął się rozwój wyspy. Świat się o niej dowiedział. Ubud jest centrum kultury i sztuki. Jeśli turyści chcą przyjechać w spokojne miejsce, zobaczyć i kulturę, i sztukę, to właśnie tam.

Z zatłoczonego centrum wystarczy skręcić w małą uliczkę, oddalić się trochę i wpadniemy w świat… zupełnie inny świat. Świat świątyń, wierzeń i przeszłości. Za każdymi drzwiami stoją małe świątynie i nie wiemy, czy jesteśmy w miejscu kultu czy na czyimś podwórku. Kilka zaledwie kilometrów od centrum jest Komaneka at Tanggayuda, obłędnie położony nad brzegiem kanionu, że nic, tylko siedzieć na tarasie i patrzeć. I tu serwis jest na pięciogwiazdkowym poziomie, a obsłudze ewidentnie sprawia przyjemność dbanie o gości. Po drugiej stronie niewielkiej drogi są malownicze pola ryżowe, w których moż- na się zakochać.

Kilka kilometrów w inną stronę wystarczy, by zagubić się w nieprawdopodobnej przyrodzie. Dżungla, wąwozy, rzeki, pola ryżowe i znowu świątynie, w tym takie ważne jak Pura Tirta Empul, która została zbudowana w X w. wokół gorącego źródła. Balijczycy przychodzą tu, by odbyć rytualną kąpiel. Z kolei Gunung Kawi jest kompleksem świątynnym, wykutym w X w. w skałach zbocza, do którego schodzi się po kilkuset schodach. I to wszystko w małej odległości od Komaneka.

No i aktywny wypoczynek. Trekkingi, spływy, lekcje gotowania, nurkowanie. Raj na ziemi na każdą kieszeń.

GOŚCINNA KAMBODŻA

Mając do wyboru Tajlandię, Wietnam albo Kambodżę, mało osób decyduje się przyjechać do królestwa Khmerów, a to błąd. To zupełnie inna Azja, zupełnie inni ludzie, inne doświadczenia. Na pytanie, czy warto, odpowiedzieć trzeba, że zdecydowanie warto.

Kambodża jest odbierana jako ubogi sąsiad Tajlandii i właśnie Wietnamu i jest w tym sporo prawdy. Jest zdecydowanie biedniejsza i bardzo doświadczona przez historię XX w. Niewiele ponad 40 lat temu, w 1975 r., zaczął się koszmar i dramat mieszkańców kraju.

Zaraz po przejęciu władzy Czerwoni Khmerzy przystąpili do realizacji swoich chorych komunistycznych wizji. Systematycznie mordowali wszystkich podejrzanych, niepasujących, mających związek z poprzednią władzą. Zamknięto szkoły, szpitale i fabryki, zlikwidowano banki i pieniądz, zdelegalizowano religię, zlikwidowano własność prywatną, zaś ludność miast wyrzucono siłą na tereny wiejskie do przymusowej pracy.

Większość źródeł podtrzymuje, że liczba ofiar Czerwonych Khmerów jest w proporcji do liczby ludności wyższa niż w jakimkolwiek kraju na świecie we współczesnej historii. Przyjmuje się, że liczba zamordowanych i zmarłych z głodu i chorób osób sięgnęła 20-25% całej populacji. W ciągu mniej niż 4 lat zginęło ok. 2 mln ludzi. W zaledwie 4 lata kraj został doszczętnie zrujnowany. Wystarczy zajrzeć na pieprzowe plantacje w prowincji Kampot. W 1960 r. produkcja pieprzu wynosiła 1000 t, by po szaleństwach Czerwonych Khmerów spaść do zaledwie 4 t.

Ale kraj się podniósł. Rozwija się turystyka. Najwięcej ludzi przyjeżdża do Kambodży, by zobaczyć słynny kompleks świątyń Angkor Wat. W zeszłym roku Angkor i pobliskie świątynie odwiedziło 5 mln ludzi. Angkor Wat to megastruktura sprzed setek lat. Zbudowana w XII w. To było bez żadnej konkurencji największe miasto świata, w którym świątynia zajmowała tylko część powierzchni. Kompleks liczył ponad 1000 km2 powierzchni, mieszkało w nim ponad milion osób. To było i jest architektoniczne cudo.

Zbudowane w mniej niż 90 lat, a budowane przez ponad 1,5 mln ludzi. Angkor ma skomplikowany system zarządzania wodą, który pozwalał na jej gromadzenie, doprowadzanie jej do pól uprawnych, stabilizowanie gruntu. Jakim cudem bez zaawansowanej technologii budowano świątynię o wysokości 65 m, która stoi do dzisiaj? Kamienie do budowy transportowano na słoniach i na bambusowych tratwach z odległych o ponad 60 km gór.

Dziś Angkor Wat można zwiedzać na różne sposoby. W zorganizowanej grupie (odradzam) albo indywidualnie. Wynajęcie tut-tuka z kierowcą, który wozi nas od świątyni do świątyni, kosztuje zaledwie 13 dolarów. To zdecydowanie najlepsze rozwiązanie, które pozwala nam zobaczyć najwięcej. Można wypożyczyć rower, ale w panującym koło Siem Reap upale nie każdemu spodoba się taka wycieczka. A to kilkadziesiąt kilometrów jak nic.

Wieczorem w Siem Reap czekają na turystów rozrywki nieporównywalne z żadnym innym miejscem w Kambodży. Na przestrzeni kilkunastu ostatnich lat zbudowano setki hoteli. Począwszy od pięciogwiazdkowych kompleksów, w których można przebierać, po urocze budżetowe hoteliki. Wszystko za śmieszne pieniądze. Pięciogwiazdkowe hotele kosztują 50 dolarów (choć są i po kilkaset za noc), na mniejsze hoteliki, położone trochę na uboczu, wystarczy kilka dolarów. Do tego setki restauracji, pubów, zdecydowanie za głośnych. Zresztą wystarczy posłuchać, w którym miejscu jest Pub Street. Mapa jest niepotrzebna. Miasto się rozwinęło niesłychanie.

Z Siem Reap warto pojechać na północ, do Parku Narodowego Phnom Kulen. Wypożyczenie skutera na jeden dzień kosztuje 10 dolarów. Po drodze zobaczymy zupełnie inną Kambodżę niż ta w Siem Reap. Bardziej prawdziwą. Główne drogi są stosunkowo dobre, a poza miastami ruch jest znikomy. Większość turystów podąży zapewne na wschód do Phnom Penh, stolicy. Ma ona swój urok, ale ci, którzy będą tylko chwilę, zapamiętają pewnie hałas, biedę, kurz i niesamowity ruch. Punktem obowiązkowym do zwiedzenia jest więzienie Tuol Sleng. Niełatwo je oglądać, ale każdy powinien. Była to wcześniej szkoła średnia. W sierpniu 1975 r., 4 miesiące po wygranej przez Czerwonych Khmerów wojnie domowej, zamieniono ją w więzienie i centrum przesłuchań znane jako S21. Muzeum jest świetnie zorganizowane, a system przewodników znakomity, wstęp kosztuje tylko 6 dolarów.

Koniecznie trzeba pojechać na wybrzeże. Minusem jest to, że jest ono po drodze do niczego. Główne miasto Sihanoukville nie zostawia najlepszych wspomnień, ale nie o nie chodzi. Trzeba wsiąść do łódki i popłynąć na wyspy. Jest ich sporo i można zobaczyć – choć trzeba się spieszyć – co znaczy dziewicza przyroda jeszcze nietknięta cywilizacyjnym rozwojem. To oczywiście nie bezludne raje, ale turyści jeszcze nie przyjeżdżają tu stadami. Jeszcze nie ma resortów, jeszcze nie ma lotniska, jeszcze się da. Koh Rong, 78 km2 , z tego prawie połowa to plaże. Koh Rong Samloem jest trochę mniejsza i jeszcze bardziej dziewicza. Koh Totang jest jeszcze mniejsza. To idealne miejsce na odcięcie się od świata. Komórki nie działają, telewizji brak. A na koniec najważniejsze. Ludzie. Tak sympatycznych i przyjaźnie nastawionych do innych szukać ze świecą. Nie mają w Kambodży generalnie łatwego życia, ale są bardzo pogodni i mili. Chcesz doświadczyć prawdziwej gościnności – jedź do Kambodży.

KRÓLESTWO GRZMIĄCEGO SMOKA

Bhutan to jedno z najmniejszych azjatyckich państw, o powierzchni zaledwie 47 tys. km2 i liczbie ludności sporo poniżej miliona. Przez lata kraj był odizolowany od świata. Turystów zaczęto powoli wpuszczać dopiero w połowie lat 70., telewizja pojawiła się w połowie lat 90. XX w., jeszcze później internet.

Nie wspomnę o takich drobiazgach jak zniesienie niewolnictwa dopiero w 1956 r. Wydawać by się mogło, że jeszcze niedawno kraj bliższy był XVII niż XX w. i pod wieloma względami tak było. Ale jak mówią mieszkańcy kraju, w ciągu ostatnich 40 lat królestwo zmieniło się bardziej niż podczas ostatnich 400 lat. Wystarczyło jedno pokolenie, by Bhutan zmienił się w kraj, z którego wzorów chce czerpać wiele państw świata.

To zupełnie niesłychane, że leżąc pomiędzy dwiema potęgami, Chinami i Indiami, Bhutanowi udało się zachować niepodległość i niezależność. Kto zatem nie chciałby zobaczyć kraju, w którym miejscami można bez problemu przenieść się w daleką przeszłość, a miejscami zobaczyć wizje wykraczające poza obowiązujące zwyczaje i panujące reguły?

Bhutan to miejsce, do którego bez najmniejszego problemu można przyjechać; to już nie te czasy, kiedy wpuszczano 200 zagranicznych turystów rocznie. Teraz każdego roku przyjeżdża tu ponad 100 tys. gości. Dla niektórych to śmieszna liczba, w końcu Disneyland na Florydzie tyle osób odwiedza w dwa dni. Dla Bhutanu to jednak sporo.

Niestety nie każdego będzie stać na przyjazd do podnóża Himalajów. Każdy dzień pobytu kosztuje 250 dolarów. Nie ma szansy na ominięcie tej opłaty. To prawda, że w to wliczone jest już wszystko – kierowca, przewodnik, spanie, jedzenie, bilety wstępu – ale za 250 dolarów w innych krajach Azji można przeżyć miesiąc.

Wizę załatwia się przez licencjonowane biura podróży i na tyle dni, ile zostało zapłaconych. I Bhutan to jeden z niewielu krajów na świecie, któremu nie zależy na turystach, albo mówiąc precyzyjnie – nie na wszystkich turystach. Przez sąsiednie kraje przewalają się miliony przyjezdnych, którzy za kilkanaście dolarów są w stanie przeżyć dłuższy czas, do Bhutanu przyjeżdżają tylko ci, których na to stać. To przemyślana strategia rządu i króla, wprowadzona wtedy, kiedy zdecydowano się na otwarcie granic.

Wtedy powód był jeszcze jeden. Nie było w królestwie infrastruktury, która byłaby w stanie poradzić sobie z napływem gości zza granicy. Nie było wielu lotów, nie było hoteli. A potem okazało się, że ci, którzy przyjeżdżają, to dobrzy goście. Zostawiają mnóstwo pieniędzy i nie robią szkód w środowisku. Nie śmiecą, nie niszczą przyrody. Jakby ich nie było. Jak opisała ich urzędniczka z Królewskiego Towarzystwa Ochrony Przyrody, są zaangażowani w sprawy ochrony przyrody. Bo właśnie ochrona przyrody stała się w Bhutanie jedną z kluczowych spraw.

Kiedy w Amazonii codziennie znika las o niewyobrażalnej powierzchni, kiedy w Malezji coraz więcej miejsca zajmują uprawy palm olejowych, które wypierają lasy pierwotne, w Bhutanie wprowadza się nowe parki narodowe i nowe regulacje. Od dawna już w konstytucji zapisane jest, że minimum 60% powierzchni kraju musi być zalesione (obecnie 72%). Bhutan jest jedynym krajem, który absorbuje więcej CO2, niż go produkuje. Jest tu zapewne powietrze porównywalne jakością z niewieloma miejscami na Ziemi.

A kiedy już uda się znaleźć finanse, wylądujemy w Paro, na jedynym międzynarodowych lotnisku w Bhutanie. Oczywiście od razu zostaniemy otoczeni opieką przez biuro podróży, które się zajmowało organizowaniem dla nas wizy. I zapewne pojedziemy trasą, którą porusza się większość turystów. Mnie zupełnie nie przeszkadzało, że od czasu do czasu, gdzieś na szlaku, mijałem się z innymi, których widziałem w hotelu dzień wcześniej. Oczywiście można zamówić sobie zupełnie indywidualny program, np. nastawiony na trekking przez wiele dni, ale trzeba liczyć się z tym, że będzie nas to kosztować więcej niż 250 dolarów za dzień.

Zobaczymy piękne góry, piękne doliny, lasy i klasztory oraz warownie przyczepione do wzgórz. Wiele z nich zostało zbudowanych w XV czy XVI w. i przetrwało do dziś. Praktycznie każdy, kto przyjedzie do Bhutanu, oprócz tego, co zobaczy dookoła, musi zobaczyć Phunaka Dzong i Tygrysie Gniazdo oraz zwiedzić stolicę Thimphu. To obowiązkowe punkty programu. Twierdza w Punakhce robi ogromne wrażenie. Została zbudowana w latach 1637-1638 przez człowieka, który zjednoczył Bhutan i z sukcesami nim rządził, Ngawanga Namgyala Zhabdrunga Rinpochego. Jest to druga najstarsza warownia w kraju. I druga pod względem wielkości. Położona między dwiema rzekami na wysokości zaledwie 1200 m. To świetne miejsce na aklimatyzację, zanim ruszy się do Gniazda Tygrysa, Paro Taktsang, które leży na poziomie 3 tys. m nad poziomem morza. To jeden z najważniejszych klasztorów w Bhutanie, zbudowany w 1692 r. Tu według wierzeń Padmasambhava Guru Rinpoche przyleciał na grzbiecie tygrysa. Na szczyt, do świątyni, prowadzi dość stromy szlak. Droga w górę i w dół zajmuje ok. 5 godz. Do połowy wysokości można wjechać na grzbiecie konia, ale wspinanie się na piechotę ma swój niezaprzeczalny urok. A ostatnich schodów w górę i w dół, kiedy już wydaje Ci się, że dotarłeś, nie pokona za Ciebie żaden koń, a ta ostatnia wspinaczka jest wymagająca. Każdy wyniesie z tej wycieczki coś dla siebie. Paro Taktsang to najczęściej fotografowane miejsce w Bhutanie.

To tylko najważniejsze miejsca, ale Bhutan robi wrażenie w całości. Warto zajrzeć do malutkich, leżących poza szlakiem wiosek, warto poprosić przewodnika albo nawet ustalić to przed przyjazdem, by pojechać w miejsca, w które zwykle turyści nie przyjeżdżają. No i na pewno nie rozczarują się tu miłośnicy przyrody. Jest tak, jak powinno być. Ludzie żyją w zgodzie z przyrodą.

Przez cały czas będziemy mieli do czynienia z biednymi, ale szczęśliwymi ludźmi. To właśnie tu realizowana jest koncepcja szczęścia narodowego brutto. Powstała dzięki czwartemu królowi i zakłada, że szczęście powinno brać się ze zrównoważonego rozwoju, z odpowiedniego podejścia do materialnych i niematerialnych wartości. Szczęście narodowe brutto to narodowa dewiza. Kraj cieszy się opinią jednego z liderów zrównoważonego rozwoju. Ma swoją unikatową metodę mierzenia rozwoju i zamożności. Mierzy ją właśnie wartością szczęścia mieszkańców. Szczęście to balans pomiędzy ekonomicznymi i nieekonomicznymi wartościami życia. Bhutan, mały kraj, a wielkie idee.

Tomasz Gorazdowski

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.