[W MAGAZYNIE] REGULACJA DZIETNOŚCI NADZIEJĄ DLA EKOLOGII

Tak, to nie są żarty! W końcu ktoś postanowił zająć się problemem rosnącej chmury szkodliwych spalin oraz góry zużytego plastiku. Robi to jednak najdurniej, jak się tylko da…

Tekst: Rafał Jemielita

Wiadomo, że teraz jest na topie ekologia, bo nieco przesadziliśmy ze wszystkim – od produkcji żywności przez transport po ogrzewanie wytwarzamy coraz więcej odpadów. Całkiem niedawno zainteresowałem się nieco głębiej tematem i okazuje się, że moje podejście „promotoryzacyjne” nie ma wielkiego sensu. Wydawało mi się bowiem, że całe zło kryje się w kiepskim ogrzewaniu. Otóż nie. Wedle Krzysztofa Bolesty, wiceprezesa Fundacji Promocji Pojazdów Elektrycznych, „60 procent emisji przypada na transport, a cała reszta to tzw. niska emisja. To dużo, ale obraz ten zaburzają pory roku. Po prostu transport wydmuchuje zanieczyszczenia cały rok, zaś ogrzewanie tylko w zimie, ale z przytupem. Latem smog doskwiera mniej, dlatego większość winy spada na ogrzewanie”. Węgiel przywożony nie wiadomo skąd, mazut, ropa, stare połamane krzesła i to, co jeszcze wpadnie na myśl „zaradnym inaczej” Polakom, ma ogromny wpływ na jakość powietrza. Ma, ale reszta to niestety jednak transport.

Owszem, pewnie trzeba było „rozbić” emisję także na samoloty i statki, ale jednak cztery koła (albo wiele – ciężarówki też samochody, w końcu) trują, że hej. Dlatego musimy się przyzwyczaić myślą do tego, że wkrótce auta podrożeją. Skoro producentów rozlicza się z chmury potencjalnych spalin, kosztów badań i rzeczywiście emitowanych spalin, równowaga finansowa musi być zachowana. Na naszą niekorzyść, oczywiście – zwykłych kierowców, ale też szefów flot, którzy samochody wynajmują, kupują, leasingują. Wiadomo też, że świetlana przyszłość czeka car sharing.

Podejście do transportu musi się zmienić, bo ile jeszcze pojazdów może przyjąć Matka Ziemia. Trzeba więc będzie produkcję ograniczać? Nie, ale już posiadanie i tzw. własność staną się zdecydowanie passé. Będziemy jeździć, żeby jeździć, a nie mieć! I to nie tylko samochodem, ale też dostawczakiem (to już możliwe), hulajnogami z napędem (też z tego na pewno już korzystacie), skuterami na prąd. Fajnie? Zdecydowanie tak. Ten pomysł jest godny uwagi, polecenia, sprawdzenia. Wiem, że ostatnio wszędzie pełno informacji o wypadkach na hulajnogach i że nawet w grzecznej Wielkiej Brytanii zabiła się hulajnogą znana fitblogerka, ale – umówmy się – liczba ofiar w porównaniu choćby z katastrofami samochodowymi jest niewielka. Przesiądźmy się więc, gdy tylko się da, do „cudzych” urządzeń transportowych – ten pomysł pomoże poprawić świat. Na pewno.

Gorzej, że po drodze naukowcy wpadają na pomysły iście kretyńskie, dwuznaczne i co najmniej dziwne. Niedawno w radiu usłyszałem o badaniach z USA czy Kanady nad dzietnością w funkcji zatrucia środowiska. Ktoś doszedł do wniosku, że największym generatorem dwutlenku węgla jest człowiek jako żyjąca istota. Skoro się dusimy, musimy ograniczyć liczbę ludzi. Rozumiem podejście – jako ludzie musimy się zmienić, żeby smrodu w naturę poszło jak najmniej. Jednak postawa dziwnych naukowców skłania do różnego rodzaju nadużyć polityków. Już w historii tacy byli, co chcieli regulować kwestię rasy, pamiętacie? A teraz sami sobie chcemy zrobić powtórkę z rozrywki. „Gdy będzie mniej dzieci, zredukujemy problem gazów cieplarnianych!”. Tak, oczywiście. Proponuję również akcję zbiorowego wyrzucania kluczyków samochodowych do kanału. Albo „podziel się akumulatorem z sąsiadem”. Kto ma jeszcze jakieś pomysły, z przyjemnością je opublikujemy. Bo choć jestem średnio ekologiczny (choć już segreguję śmieci, nie jem od pewnego czasu mięsa, toreb plastikowych do domu również już nie znoszę, a jedyne, na co sobie pozwalam, to plastikowe słomki do drinków), to zawsze otwarty na nowe pomysły. Byle nie takie, gdzie reguluje się świat za pomocą redukowania liczby ludzi.