[W MAGAZYNIE] Bula, Australio!

Kto słuchał radia, ten wie, że dość długo nie było mnie w kraju. A gdzie byłem? Wystarczy zajrzeć na Facebooka, na stronę „Tomek na końcu świata”. Australia, Nowa Zelandia i wyspy Pacyfiku. Było pięknie i… pysznie.

Tomasz Gorazdowski

Na początek, bo do podróży tej będę zapewne wracał, ogólnie o wyspach Pacyfiku. Wiadomo – dość egzotycznie, strasznie daleko i podobno drogo. Z tymi wszystkimi stwierdzeniami się rozprawimy. Że egzotycznie? Oj, tak. Że daleko? Oj, tak. Dwanaście godzin lotu z Warszawy do Singapuru, człowiek wysiada jak wypluty, by wejść do kolejnego samolotu i 12 godzin lecieć do Auckland, a potem przesiąść się i lecieć na przykład jeszcze 5 godzin na Tahiti. Więc generalnie na tydzień na Polinezję raczej się nie opłaca. Że drogo? Oj, tak…

Ale za to tam ciągle ponad 30 stopni, ewentualnie trochę pada, ale słońca nie brakuje. Chyba że się trafi na tajfun. Ale jak pech, to pech. Cegła może spaść na głowę nawet obok naszego domu, prawda?

Jeżeli ktoś wybiera się niedługo, czyli w porze suchej na wyspach, powinien mieć świadomość, że mimo że wyspy są drogie, będzie jeszcze znacznie drożej. Takie prawo rynku. Podróżujących będzie więcej niż miejsc w łóżkach czy w samolotach, więc każdy powie: rezerwuj, jak najszybciej się da, i wszystko, co się da. Trzeba mieć też świadomość, że dla lubiących zwiedzać, lubiących zabytki to, delikatnie mówiąc, nie jest odpowiednie miejsce. Bo na wyspach tylko woda i wszystko, co z nią związane, ewentualnie wycieczki i wspinaczki. No i ludzie, zwyczaje, kultura. Na przykład na Wyspach Cooka. Rarotonga, największa z wysp, jest świetnym miejscem, żeby zacząć przygodę na Polinezji, bo ma perełkę, atol Aitutaki, który pokazuje, jak pięknie na wyspach może być. A jak chcecie odwiedzić Wyspy Cooka, to już ostatni moment, bo parlament właśnie obraduje nad zmianą nazwy kraju. Nazwisko angielskiego kapitana im się już nie podoba jako nazwa. A tam wszystko pod ręką, choć w niektóre miejsca trzeba się ruszyć samolotem. Ale i na Rarotondze jest co robić. W lecie może być trochę ludzi, ale nie jak na Helu w lipcu. Ostatnio panuje tam miniepidemia dengi, ale do pory suchej może się z komarami uporają.

„Talofa” – tak się trzeba przywitać na Samoa. Tam zupełnie nie ma się co obawiać tłumów. Na Samoa powinni pojechać ci, którzy szukają spokoju i obcowania z naturą. Całkowitego spokoju. W każdym innym miejscu będzie już tylko bardziej cywilizowanie i głośno. Skuterów na przykład jak na lekarstwo. Za to psów, próbujących kąsać jadących… Są w każdej wiosce. Bez kija nie ruszaj w drogę.

Potem może na Fidżi. „Bula” to uniwersalne słowo na po- witanie. Na 330 wyspach każdy znajdzie coś dla siebie. Z największej, Viti Levu, tam, gdzie największe miasta Nadi i Suva, uciekajcie jak najszybciej, do wymyślonego swojego raju – o ile jeszcze będą w nim miejsca. Jeżeli wpadniecie na pomysł, żeby wziąć ślub na Fidżi, nie będziecie oryginalni. Mnóstwo osób przyjeżdża tam, by się pobrać, ewentualnie spędzić miesiąc miodowy. Oprócz narzeczonej czy narzeczonego, żony czy męża radzę nie zapomnieć o karcie kredytowej z dużym limitem. Ale te widoki, ta woda…

A z Fidżi bardzo blisko na Vanuatu, z całkiem sporą ofertą turystyczną. W porze suchej nie powinno już być tyle much, które potrafią być istnym przekleństwem. I jest tam co robić, oj, jest. Różne religie i różne kulty, wulkany, trekkingi, prawdziwie inny lokalny, egzotyczny, nieskomercjalizowany świat. Tylko drogi kiepskie, jakiegoś małego samochodu nie ma co pożyczać, bo i tak nie przejedzie, kiedy zacznie padać, albo utknie w dziurze.

Na koniec Polinezja Francuska. Bo najdalej i już można potem lecieć do Polski od drugiej strony, i dlatego, że woda. Takiej jak na Bora-Bora nie ma nigdzie. Takiego koloru. Serio. Stwórcy wylała się butelka z wszystkimi odcieniami niebieskiego.

Na Tahiti czarne plaże, czarny piasek, czarna woda, na Murea fajnie, spokojniej i woda ładniejsza, a najfajniejsza na Bora. No i mają najlepsze czarne perły na świecie, co nie powinno być obojętne dla pań. Na Bora koniecznie proszę wstąpić do Bloody Mary, najlepszej knajpy na wyspie, założonej przez Polaka. Ale generalnie na wyspach nie ma się co nastawiać na ryby. Na zdrowy rozum powinny być w menu wszędzie i być tanie, a tak nie jest.

Z uwag praktycznych – planowanie lotów to jak planowanie operacji wojskowej. Nie wszędzie można dolecieć z każdego punktu – to, że samolot lata z punktu A do B, zupełnie nie oznacza, że lata z B do A, że będzie jak wrócić. Może być absurdalnie drogo i mogą być kłopoty z miejscami. W Air Tahiti, jeśli się ma patent nurkowy, można wziąć 5 kg dodatkowego bagażu. I nie kupować biletów w biurze, tylko w sieci. Bo można wtedy wziąć 23 kg, a nie tylko 10. Latając po regionie w kółko, trzeba zmieniać czas. Można wylecieć gdzieś w piątek i zamiast dolecieć w sobotę, można dotrzeć na miejsce w czwartek, dzień wcześniej.

Jak zrobić, żeby było taniej? Najlepiej pojechać w większej grupie. Wynajęcie domu albo całego mieszkania w kilka osób może okazać się zbawienne dla finansów. Spanie stanowi znaczną część wydatków. Oczywiście trzeba poszukać okazyjnych lotów. Może najpierw do Auckland. Może na Rarotongę, Fidżi lub od razu na Tahiti. Trafiają się okazje lotnicze w cenie poniżej 3000 zł.

A poza tym to już tylko drobiazgi. Krem z filtrem 50. Sprzęt do nurkowania i gruuuby portfel. A potem to już… „Bula”.

Wideo

Menadżer Floty: Szkolenie Hybrydowa Flota - Czy to się opłaca?
!! Wyprzedzamy nowotwór
Menadżer Floty w Genewie - TOYOTA
Menadżer Floty w Genewie - LEXUS
  •  image
  •  image
  •  image
  •  image
[Pierwsza jazda] Test Infiniti Q30
[Fotorelacja] Motor Show 2016

Aktualności