[W MAGAZYNIE] Singapur, miasto smoka – felieton Tomasza Gorazdowskiego

Dzięki niedawnemu spotkaniu amerykańskiego prezydenta z dyktatorem z Korei Północnej oczy całego świata skierowane były ostatnio przez kilka dni na Singapur. Większe zainteresowanie świata temu państwu chyba nie jest potrzebne, bo i tak jest w wielu dziedzinach niemal „pępkiem świata”.

Tylko w ostatnim roku lotnisko Changi (od 6 lat wygrywające konkurs na najlepsze lotnisko świata) odebrało ponad 60 mln pasażerów – biznesmenów i turystów – a to państwo-miasto jest niewiele większe niż Warszawa, tyle że żyje w nim blisko 6 mln ludzi. W dodatku żyje doskonale, choć muszą się zmagać z wieloma problemami, wynikającymi choćby z faktu, że ziemi jest mało i wiele więcej nie będzie.

Wszystko zaczęło się stosunkowo niedawno. Singapur uzyskał niepodległość w 1965 r. Lee Kuan Yew, ojciec singapurskiej niepodległości, mówił wtedy: „zaufajcie mi, pracujmy razem, a osiągniemy sukces”. Jego słowa stały się ciałem. Singapur nie miał ani ziemi, ani surowców, ani wielkich perspektyw. Tymczasem słuszna i z żelazną konsekwencją realizowana wizja doprowadziła Singapur tam, gdzie znajduje się dziś. PKB tego kraju w czasach, kiedy Yew kierował państwem, wzrosło o 2800% – do poziomu blisko 15 000 dol.

W tym czasie odpuszczono sobie demokrację, swobody obywatelskie czy wolność słowa albo krytykę władzy. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Dziś w samym centrum miasta, koło niezwykle charakterystycznego hotelu Parkroyal, tego z zielonymi tarasami i ogrodami, jest park, w którym na wzór londyńskiego znajduje się Speakers’ corner. Można mówić o wszystkim, z wyjątkiem krytykowania rządu. Drogę do ekonomicznej potęgi realizowano z niezłomną konsekwencją – zatrudniono najlepszych fachowców za bardzo duże pieniądze, rozwijano port morski (w tej chwili drugi co do wielkości port przeładunkowy na świecie), inwestowano w nowe technologie.

Marina Bay Sands to już w tej chwili jeden z najbardziej znanych luksusowych hoteli na świecie – ogromna budowla, składająca się z trzech budynków połączonych na górze czymś, co przypomina deskę surfingową. Na górze znajdują się basen i restauracje. Na basen wstęp mają tylko goście hotelowi. To największy na świecie tzw. infiniti pool na dachu wieżowca. Na taras można wjechać za opłatą, ale bardziej opłaca się pojechać do restauracji. W podobnej cenie mamy przynajmniej zagwarantowany jeden drink, a drink z takim widokiem smakuje wyjątkowo. Na dole w hotelu znajduje się 80 restauracji i 170 luksusowych, naprawdę luksusowych sklepów.

Tuż obok hotelu wybudowano kolejną, jedną z największych atrakcji Singapuru – Gardens by the Bay. To tam są słynne superdrzewa, między którymi czujemy się jak na planie Avatara, a także dwie wielkie szklane kopuły, mieszczące w sobie coś w rodzaju ogrodu botanicznego, i Cloud Forest Dome – świat lasu deszczowego. Codziennie w okolicach godziny 20.00 odbywa się laserowy pokaz wśród drzew, na który wstęp jest wolny. Skoro była już mowa o szklarni, kopule czy ogrodach, nie można zapomnieć o ogrodzie botanicznym w Singapurze. Znajduje się po drugiej stronie miasta i jak na tak małe państwo zajmuje gigantyczny obszar. Wpisany jest na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO. To jak zielone miasto w miejskiej dżungli. Nie przegapcie ogrodów orchidei. To piękne miejsce, oddające stosunek mieszkańców do przyrody. Singapur, mimo że ma niewielki obszar i wszędzie są wieżowce, jest miastem bardzo zielonym. Założenia architektoniczne są takie, że każda budowla musi mieć przynajmniej 20% powierzchni przeznaczonej na zieleń. Każde większe drzewo ma swoją kartę, wizytówkę – wiadomo, kiedy zostało zasadzone, przez kogo i jaki to gatunek.

Wróćmy jeszcze nad zatokę, bo to serce miasta. Ze szczytu koła widokowego, znajdującego się właśnie tam, można zobaczyć cały Singapur, a także kawałek Indonezji i Malezję z drugiej strony. Spróbujcie zarezerwować miejsce na kole w czasie nocnego ulicznego wyścigu Formuły 1 w Singapurze! Trasa zawodów przebiega dosłownie pod samym Singapore Flyer. Tylko tam trzeba mieć naprawdę gruby portfel. Jednak widok na zatokę, na city, na operę, na hotel Marina Sands i na leżącą trochę dalej Clarke Quay należy moim zdaniem do trzech najpiękniejszych miejskich widoków na świecie.

Singapur można zwiedzić w ciągu kilku dni. Od Warszawy oddalony jest o blisko 10 tys. km, ale dzięki bezpośredniemu połączeniu LOT-u podróż trwa mniej niż 12 godzin. Wysiadając z samolotu, mamy gwarancję, że temperatura w każdym miesiącu będzie wynosiła ok. 28 stopni, będzie parno i zapewne przez chwilę będzie padało. System komunikacji jest rozwiązany bardzo dobrze – szybkie, chłodne metro, dobra sieć autobusowa. Hoteli jest tu bez liku, od stosunkowo tanich nawet jak na nasze warunki, po superekskluzywne, jak Four Seasons, Shangri-La, czy Fullerton. Jeżeli chodzi o jedzenie, to będąc w Singapurze, bez wątpienia przeniesiemy się do kulinarnego raju. W Little India zjemy prawdziwe dania kuchni indyjskiej, w China Town zjemy lepiej niż w Pekinie, a w całym mieście mamy nieograniczony wybór rozmaitych dań. Zjemy też najtaniej na świecie w lokalu z gwiazdką Michelina. To właśnie w Singapurze dwa pierwsze stoiska uliczne z jedzeniem dostały gwiazdki znanego francuskiego magazynu. Jeżeli chodzi o zakupy, to opcji też mamy bez liku – od tandetnych magnesów w chińskiej dzielnicy po superluksusowe sklepy na najbardziej znanej handlowej ulicy w Singapurze, Orchard Road, gdzie znajdują się wielkie domy towarowe i sklepy najbardziej cenionych firm odzieżowych.

Zawsze należy jednak pamiętać, zarówno wchodząc do Louisa Vuittona, jak i przechadzając się po dzielnicy hinduskiej, że bezwzględnie trzeba przestrzegać przepisów prawa. Nie wolno żuć ani nawet mieć gumy do żucia, nie wolno palić w wielu miejscach, śmiecić, bazgrolić na ścianach, chodzić nago w swoim mieszkaniu, a jeśli w mieście miliona kamer zostaniemy przyłapani, kary są drakońskie. Stosowana jest kara chłosty (dla cudzoziemców również), nie mówiąc już o karach finansowych, więzienia oraz ciągle stosowanej karze śmierci.

Udanego zwiedzania!

Tomasz Gorazdowski
Dziennikarz sportowy i motoryzacyjny Programu Trzeciego Polskiego Radia. Z wykształcenia prawnik, z zamiłowania zapalony podróżnik.

Artykuł pierwotnie ukazał się w magazynie Menadżer Floty: Forum Biznesowe, nr 6/2018

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.